blog Praczetowy

moje przygody z prozą Pratchetta

Muzyka duszy

Napisane: | Marzec 2, 2010 | No Comments |

Terry Pratchett Muzyka Duszy

Po muzykę duszy sięgnąłem, gdyż na odwrocie okładki napotkałem słowo klucz: Susan. A, jako że chwilę temu zostałem jej fanem, kupiłem sobie kolejnego Pratchetta – Muzyka Duszy.

Prawdą jest, że Susan jest jedną z przewodnich postaci tej książki. Nie na tyle jednak, by się tym zachwycić. W tej książce zachwyca mnie zupełnie co innego – główny motyw, czyli muzyka wykrokowa.

Muzyka duszy pomyślana jest na dwu planach – pierwszy plan (główny) to przesympatycznie pokazana alternatywna historia powstania rock and rolla i muzyki rockowej. Mamy przegląd postać od Buddy Gaya, Elwisa P. aż po Sexpistols.

Świetnie się bawiłem czytając o tym, jak ważna jest dla zespołu nazwa, jak to ci bardziej pracowici (muzycznie) powstrzymują artystyczny rozwój tych nastawionych na dobrą nazwę, oryginalne ciuchy i szpanerski lans. Doskonale to znam, przerabiałem lat temu kilka(naście) na przykładzie własnych projektów. Łącznie z najbardziej bolesnym elementem muzykowania, czyli wyzbywaniem się sprzętu za (w najlepszym wypadku) pół ceny by mieć nadzieję na jutrzejszy obiad…

Nieśmiertelny Dibbler tutaj objawia się najpierw jako mały menager, który wyrasta na cwanego impresario pełną gębą (tyle, że jak to z Dibblerem bywa, nie do samego końca). A całości muzycznego obrazu  dopełnia księgowy gildii Muzykantów – ojciec założyciel RIAA; nie może być bowiem tak, by muzyki można było słuchać za darmo. Grać za darmo też nie można. A jak komuś się nie podoba – to do gazu.

Tymczasem Susan, mój pierwszy cel, powolutku, tak jakoś mimochodem wyrasta. Z dziewczynki w pensjonacie dla dobrze urodzonych panienek, na młodą, pewną siebie światową kobietę. Świadomą swoich korzeni, co pozwala jej spokojnie pamiętać to, co przyniesie przyszłość. Krew nie woda, a geny nie orzeszki.

Comments

Dodaj swój komentarz